
Laini Taylor napisała baśń inną niż wszystkie…
„Dawno, dawno temu były dwa siostrzane księżyce” (str. 301)
Karou to siedemnastoletnia uczennica ze szkoły sztuk plastycznych w Pradze. Prowadzi tajemniczy szkicownik pełen istot znanych z wyobraźni, ale czy na pewno są to tylko wymysły rozmarzonej artystki? Co jeśli gdzieś tam jest inny świat? Karou nieraz zaskoczy swoją niespotykaną historią. Zna wiele języków, odwiedza sekretny sklep pełen chimer i co jakiś czas wyrusza w niebezpieczne wyprawy, nie znając dokładnie celu swojej misji. Wciąż poszukuje prawdy o sobie i nie wie, że niedługo wszystko się może zmienić. Na wszystkich kontynentach na drzwiach domów pojawiają się czarne, wypalone odciski dłoni skrzydlatych istot, a świat Karou zostaje zniszczony…
Bohaterowie to podstawa książki, więc jak poradziła sobie z kreacją postaci Laini Taylor? Nie najgorzej muszę przyznać. Karou to oryginalna siedemnastolatka, trochę aż zbyt oryginalna, ale nie uznaję tego za aż tak wielki minus. Dziewczyna jest odważna i tak jak niemal każda główna bohaterka książek młodzieżowych, chce znać swój cel w życiu. Jest to pozytywna postać, ale to właśnie chimery mieszkające w „Gdzieś tam” uznaję za najlepiej wykreowane istoty występujące w książce. Akiva, Kaz, czy Zuzanna to już nie to samo, ale nie będę nad lamentować. Trzeba się skupić na plusach powieści.
Otóż temat wojny pomiędzy chimerami a aniołami uważam za ciekawy i myślę, że w kolejnych tomach serii zapowiada on rozwinięcie wielu niewyjaśnionych wątków. Inne wymiary, legendy i mitologia to również świetne pomysły, które zasłużyły na gratulacje za niesamowitą wyobraźnię Laini Taylor.
Autorka świetnie opisuje wykreowany przez siebie świat. Bez problemu można wyobrazić sobie zasypane śniegiem ulice Pragi, czy krainę chimer. Problem następuje, gdy na scenę wkracza wątek miłosny, który zajmuje całą drugą część książki. Pierwsza połowa powieści zapowiada opowieść pełną magii, przygody i niesamowitej akcji. Niestety, po około dwustu stronach otrzymałam coś, czego się obawiałam. Autorka zaserwowała historię miłości znaną już z „Romea i Julii” Szekspira (czy też z „E.T.” Katy Perry). Nie mam nic przeciwko wątkowi miłosnemu, ale tu wydawał się on nachalny i przesłodzony, całkowicie gryzł się z początkiem. Wiele elementów można by było jeszcze poprawić, lecz nie jest tragicznie, bo Laini Taylor rekompensuje nieco zniszczony potencjał książki swoim stylem pisania.
Nie mogę jednak przemilczeć kwestii okładki, na której umieszczono, gdzie się tylko dało, teksty wychwalające powieść. Fragmenty pochlebnych recenzji były nawet na pierwszej kartce! W założeniu miało to zachęcić do lektury, ale czy aby na pewno służy to książce? Moim zdaniem stwierdzenia typu: „następczyni Harry’ego Potter’a” nie przemawiają na korzyść utworu, a mogą wywołać tylko rozczarowanie oraz niechęć.
„Życzenia są nieprawdziwe. Nadzieja jest prawdziwa. Jest jedyną prawdziwą magią.” (str. 143)
Według mnie, „Córka dymu i kości” to dobra książka, ale nie fenomenalna. Nie wyróżnia się szczególnie, jest podobna do wielu powieści z gatunku paranormal romance. To lektura, przy której można miło spędzić czas, jednak nie będę często wracać do tej historii. Moja ocena to 7/10 i mam nadzieję, że Laini Taylor w kontynuacji mnie czymś zaskoczy, a jej książki nie będą porównywane do innych serii.