Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Otwarte. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2013

Przedpremierowo: "PLL 11. Olśniewające" - Sara Shepard

 

Minęły zaledwie trzy miesiące od premiery "Bezlitosnych", a na sklepowych półkach można ujrzeć już jedenastą i najnowszą część serii "Pretty Little Liars" opowiadającą o losach czterech młodych mieszkanek Rosewood. Co mnie najbardziej zaskoczyło w tym tomie? Bohaterki. Szkoda tylko, że  ta niespodzianka nie była zbyt miła. Z poprzednich części wiadomo, że A. to manipulator/ka, która jest scenarzyst(k)ą i reżyser(k)ą jednocześnie. W założeniu Kłamczuchy mają grać tak, jak A. im rozkaże. Niektóre sytuacje rzeczywiście wymagały ślepego posłuszeństwa, gdyż bohaterki znalazły się między młotem a kowadłem. Gdy takie zachowanie jest logicznie uzasadnione, nie ma problemu. Niestety, w wielu przypadkach na próżno szukać sensu. Działania dziewczyn w "Olśniewających" w moim odczuciu były jakąś pomyłką. Przez połowę książki zastanawiam się, dlaczego bohaterki przez właściwie większość nic sobie nie robią z tego, że ktoś je prześladuje. Zaczynają działać, kiedy A. napsuje im krwi, jednak przez większość książki biegają w kółko jak mysz w kołowrotku.

Moim zdaniem, najgorzej wypadła Hanna, nigdy za bardzo za nią nie przepadałam, lecz w trakcie czytania jedenastej części po prostu ręce mi opadły. Po lekturze "Bezlitosnych" myślałam, że panna Marin wyrosła ze szczeniackiego zachowania. Sama się przekonałam, że nic się nie zmieniła albo inaczej - zmieniła się... Na gorsze.  Jej zachowanie skutecznie mnie od niej zniechęciło. A dlaczego? Mimo iż Hanna ma stalkera, sama w niego się zmienia, by z egoistycznych pobudek podręczyć Bogu ducha winną dziewczynę. I to nie byłoby takie kiepskie, gdyby autorka pokazała drugą stronę ludzkiej natury - obłudę i chęć ratowania wyłącznie własnej skóry. Tak, to mógł być niezły materiał na pokazanie głównej bohaterki jako tej złej. Mógł być. Co poszło nie tak? Na koniec Hanna wychodzi na boginię, jest święta i ogólnie cudowna, nikt nie może jej przewyższyć. Nie mam pojęcia, co skusiło autorkę na takie rozwiązanie, naprawdę. Wiem, że każdy ma swoje ulubione książki, filmy, gry, postacie, itd, itp., jednak trzeba też zwracać uwagę na ich wady. Nowa prześladowczyni jest wręcz gloryfikowana, co, przyznam z ręką na sercu, wzbudziło u mnie sporą konsternację. Wydaje mi się, że osoba, która tak wiele przeszła, nie powinna uciekać się do takich nienormalnych akcji, a jeśli już - niedopuszczalnym zachowaniem jest przytakiwanie temu. Na szczęście pozostałe postacie nie zostały doszczętnie zniszczone i nadal dają się lubić. Często popełniają głupie błędy, ale mimo to nie czuję do nich niechęci jak w przypadku Hanny. "Olśniewające" pod względem fabuły i bohaterów są zdecydowanie słabsze od swych poprzedniczek, lecz mimo to nadal są lekkim czytadłem, dzięki któremu można się odprężyć. Ostatnie strony zapowiadają podskoczenie o kilka poziomów, zatem w następnej części czekam na coś, co dorówna chociażby "Bezlitosnym".

Podsumowując, ogromnie cieszę się, że od jakiegoś czasu zrezygnowałam z wystawiania ocen w skali od jednego do dziesięciu. Są książki, których po prostu nie da się ocenić punktami. Jedenasta część "Pretty Little Liars" jest właśnie taką książką - trudno mi powiedzieć, czy zasługuje na mocną tróję czy słabą siódemkę. Mogę jedynie stwierdzić, że pani Shepard chciała zrobić z tego tomu Słońce, które w zamyśle miało olśnić czytelników. Niestety, gdy za długo się patrzy w promienie naszej gwiazdy, można na dość długi czas się do niej zniechęcić. Nie zrozumcie mnie źle, ta powieść nie jest dnem dna, jest nawet niezła, ale w porównaniu do bardzo dobrego tomu dziesiątego zasługuje na miano zwykłego przeciętniaka. Wiem, że autorkę stać na więcej, dlatego, jak już wspomniałam, po dość obiecującym zakończeniu "Olśniewających", spodziewam się niesamowitej dwunastej części, która będzie przypominać mi piękny zachód słońca, nie zepsuty piekarnik. Mam nadzieję, że w kolejnym tomie - "Burned" - autorka nie spali moich oczekiwań.


Za możliwość przeczytania książki przed premierą dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

 

niedziela, 17 lutego 2013

"Idealnie dobrani" - Catherine McKenzie

 

Anne Shirley Blythe przypomina Anię z Zielonego wzgórza - ma identyczne imię, rude włosy i talent do pisania. Jest też romantyczką, co nie do końca wychodzi jej na zdrowie. Trzydziestotrzyletnia dziennikarka ma za sobą cztery nieudane związki i bardzo ją to przygnębia, gdyż jej koleżanki oraz przyjaciółka już dawno są po ślubie lub mają narzeczonych. Anne, rozpaczając po rozłące z ostatnim partnerem, przez przypadek odnajduje na chodniku wizytówkę tajemniczej firmy - Blythe&Company, zajmującej się "zawodowym kojarzeniem". Czyżby przeznaczenie? Kobieta przeżywa jednak niezłe zaskoczenie, gdy dowiaduje się, że Blythe&Company nie zajmuje się organizowaniem ranek, a... aranżowaniem małżeństw. Teraz Anne musi dokonać wyboru, od niej zależy, jak ta "bajka" się skończy.

Postać głównej bohaterki bardzo mnie zainteresowała. Panna Blythe jest inteligentna, zabawna, sympatyczna, lecz często, za często, marzy o rzeczach niemożliwych do spełnienia. Właśnie dlatego przez zbyt wiele lat nie mogła odnaleźć miłości - szukała księcia o czarnych włosach i niebieskich oczach, ideału. Jak wiadomo, nie ma człowieka bez wad, zatem czy jakaś firma może doskonale dobrać dwójkę ludzi? To pytanie zadawała sobie nie tylko główna bohaterka, ja również zastanawiałam się, jak się potoczy dalsza akcja. I chyba to jest najlepsze w tej książce - czekanie na zakończenie. Mam na myśli oczywiście to, że nie można doczekać się informacji o tym, czy problemy Anne wreszcie się skończą. Autorka jednak nieco namieszała, ponieważ nasza nowoczesna Ania z Zielonego Wzgórza staje na ślubnym kobiercu już w połowie książki. O czym więc jest druga połowa? Nie chcę zdradzić zbyt wiele, ale są momenty na smutki i radości. Z kartki na kartkę główną bohaterkę poznaje się coraz lepiej i dzięki temu między czytającym a Anne tworzy się jakaś więź, przez co, nawet mimowolnie, kibicuje się świeżo upieczonej mężatce.

"Idealnie dobrani" sprawiają pozytywne wrażenie. Jest humor, postacie posiadają dobrze zaprojektowane charaktery, akcja jest wciągająca. Tylko miejscami trochę zgrzyta, niektóre wątki nieco się dłużą, ale nie są do niedociągnięcia, na które nie można przymknąć oka. Krótko mówiąc, Catherine McKenzie stworzyła dobrą książkę dla kobiet z wadami, które w przyszłych tekstach powinny zniknąć. W każdym razie tego autorce życzę, gdyż posiada lekkie pióro i potrafi tworzyć nie najgorszą fabułę. Poza tym podoba mi się to, że pisarka nie zrobiła ze swojego "dziecka" klasycznego romansu, a napisała powieść obyczajową z kilkoma zabawnymi dialogami. Na plus jest także to, że przelała na papier swoje przemyślenia na temat miłości. "Idealnie dobrani" nie perfekcyjni, lecz, mimo to, miło się ich czyta. Jeśli nie będzie oczekiwać się  lektury wymagającej, a lekkiej, odprężającej historii, to myślę, że ta książka Was nie zawiedzie. Polecam na pochmurne popołudnia, bo to powieść po prostu idealna na poprawę humoru.


 Książkę otrzymałam od Wyd. Otwartego.

 

niedziela, 20 stycznia 2013

"PLL 10. Bezlitosne" - Sara Shepard

 

Aria, Emily, Hanna i Spencer zrobiły coś przerażającego i teraz zamierzają postąpić z A. tak jak on/a postępuje z nimi - bezlitośnie. Czy cztery mieszkanki Rosewood odnajdą w końcu osobę, która wszystko o nich wie? Oto jest pytanie!

Co podoba mi się w "Bezlitosnych"? Otóż, widać znaczną zmianę charakterów głównych bohaterek. Po przeczytaniu wszystkich dziesięciu tomów, zauważa się cechy dziewczyn lepiej niż na początku całej historii. Problemy Arii, Spencer, Emily i Hanny nie są już takie lekkie jak kiedyś, co dodaje jeszcze większego dramatyzmu, gdy A. przysyła kolejną wiadomość. W tym tomie podoba mi się także postać Spencer. Jej chęć zabłyśnięcia, jej plany i stąpanie po cienkiej granicy między jawą a snem. Autorka świetnie ukazała psychikę tej bohaterki i właściwie dziwię się czemu, pozostałe dziewczyny nadal myślą ciągle o chłopakach i ciuchach. I tu muszę się przyczepić, ponieważ przyznam, że coś mi nie grało w "Bezlitosnych". Z jednej strony książka stała się poważniejsza, a z drugiej nadal pozostała infantylna, ale tylko trochę. Na szczęście, bo nie wiem, czy zniosłabym kolejne powstania i powroty. Mam nadzieję, że pani Shepard w końcu przestanie tworzyć coraz to nowe pary, ponieważ wątek kryminalny jest już wystarczająco poplątany i raczej nie trzeba gmatwać wszystkiego, co dotyczy Kłamczuch i ich relacji z innymi ludźmi. To tylko moje zdanie, więc możliwe, że znajdą się miłośnicy takich rozwiązań fabularnych.

Wypadałoby napisać też parę słów o stylu autorki. Według mnie, jest lepszy on niż na początku "PLL". Nadal jest lekki, lecz zdania są bardziej rozbudowane i zawierają więcej dobrze dobranych środków stylistycznych. Widać, że Sara Shepard nabrała wprawy w tworzeniu książek. Klimat "Bezlitosnych" jest tajemniczy, a główna intryga jest tak skonstruowana, że ciągle podejrzewa się innego bohatera. Lubię, gdy fabuła jest pełna niespodzianek i cenię sobie pisarzy, którzy nie podają wszystkiego na tacy. Myślę, że właśnie na tym polega czar książek o Kłamczuchach - nic nie jest jasne, wszystko to tylko domysły.
 
plakat do filmu Słodkie kłamstewka (2010)Kilkutomowe serie zazwyczaj mnie irytują, gdyż nie mam do nich cierpliwości i często z części na część ich poziom spada. Okazuje się, że cykl "Pretty Little Liars", mimo kilku mankamentów, nadal jest lekturą odprężającą i ciekawą. Sara Shepard ma wiele interesujących pomysłów i nie mogę się doczekać końca serii, bo chcę poznać rozwiązanie (prawie) wszystkich zagadek. Podsumowując, polecam ten tom osobom, którym poprzednie części również się podobały i tym, których nie odstraszają miłosne perypetie nastoletnich bogaczy. Moim zdaniem, seria jest warta przeczytania, ale zależy czego się od tej książki oczekuje. Nie jest to powieść ambitna, lecz, mimo wszystko, sympatycznie się ją czyta. Krótko mówiąc, to odmóżdżacz, jednak jeden z tych lepszych, bo tajemnice nadrabiają parę wad. Poza tym mam wrażenie, że "PLL" zaczyna być bardziej dojrzałe, zmienia się wraz z głównymi bohaterkami, toteż bycie świadkiem tej metamorfozy jest niezwykle interesujące. Jeszcze raz polecam!


Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

sobota, 15 września 2012

"Dotyk Julii"- Tehereh Mafi

 

Julia posiada niezwykły dar (a może przekleństwo?) - potrafi zabić człowieka jednym dotykiem. Komitet Odnowy widzi w nastolatce śmiercionośną broń, ale dziewczyna nie zamierza być marionetką w ich rękach. Wkrótce Julia zaczyna walczyć o wolność, o miłość i... o cały świat.

"Nie jestem szalona. Nie jestem szalona. Nie jestem szalona
(str. 24)

Dobra reklama, ładna okładka i wspaniały trailer- sukces książki gwarantowany! "Dotyk Julii" jest powieścią, która była bardzo szumnie zapowiadana. Nakręcająca atmosfera przed premierą wołała i krzyczała, aby "już, teraz, natychmiast" kupić własny egzemplarz debiutu Tehereh Mafi. Słyszałam, że "Dotyk Julii" jest nietuzinkową historią... Czy podzielam tę pozytywną opinię? Cóż, książkę przeczytałam i daleko mi od zachwytów.


Pierwsze, co najbardziej mnie irytowało podczas czytania, to postać Julii. Pani Mafi tak wyidealizowała swoją protagonistkę, że aż oczy bolą. Nastolatka zawstydza nawet świętych swoją ogromną dobrocią i miłosierdziem, nie ma żadnych wad i jest tak olśniewająca, że trzeba padać na kolana. Tylko aureolkę jej dodać, a zobaczymy prawdziwego aniołka. Wiem, że w główna bohaterka nie może być zła do szpiku kości, lecz w drugą stronę też nie można przesadzać. Zauważyłam, że w "Dotyku" są same czarno - białe postacie. Ktoś jest albo dobry, albo zły, nie ma nic pośrodku. Stworzenie nieprzerysowanego bohatera to sztuka, której autorka jeszcze nie opanowała. To samo tyczy się fabuły. Podczas lektury szukałam m. in. niepowtarzalności, ale nie znalazłam jej. "Co tu jest takie nowe?"- to pytanie zadawałam sobie przez cały czas. W książce nie widać żadnej oryginalności, za to kilka bzdur razi swoją głupotą. Najbardziej zapadła mi chyba w pamięć niezwykle realistyczna scena, kiedy to Julia ucieka z okna na piętnastym piętrze! Zrozumiałabym to, gdyby nasza dzielna bohaterka przez kilka lat była miłośniczką wspinaczki, ale przecież przez ponad pół roku siedziała w zamknięciu. Absurd, po prostu absurd.

Moim zdaniem, najlepszy jest styl pisania autorki, który ratuje tę historię. Mimo iż fabuła jest trochę szablonowa, to utwór miło się czytało. Tehereh Mafi potrafi świetnie przelać emocje na papier, co rekompensuje kilka zgrzytów. Przyznam, że język powieści bardzo przypadł mi do gustu i myślę, że gdybym spodziewała się tylko odprężającego czytadła, to lepiej odebrałabym "Dotyk Julii". 

Podsumowując, powieść autorstwa Tehereh Mafi to średniak. "Dotyk Julii" stara się uchodzić za książkę oryginalną i poważną, zmuszającą do przemyśleń, ale ja nie zauważyłam tej wyjątkowości. Czy super moce głównej nastoletniej bohaterki są jakimś powiewem świeżości w literaturze młodzieżowej? Nie wydaje mi się. Owszem, początek był ciekawy. Uczucia odizolowanej dziewczyny i chęć akceptacji była naprawdę świetny. Julia mogła być interesującą postacią z ciekawym charakterem, ale niestety z rozdziału na rozdział była coraz gorsza. Nie lubię takiego obniżania poziomu historii. Książka nie jest zła, lecz to arcydzieła wiele jej brakuje. Co jednak sprawia, że ten tytuł jest tak popularny i chętnie czytany? Myślę, że, oprócz głośnej kampanii reklamowej,  jest to prostota i lekkość. Po przeczytaniu ostatniej strony, powieść nawet mi się spodobała, jednak po chwili zobaczyłam, że końcowe kartki "Dotyk Julii" są właściwie o niczym. Jest akcja i dramatyzm, jednak nie ma odejścia od schematu, bo ileż to razy główna bohaterka była kluczem do ocalenia ludzkości? Czasu by mi nie starczyło, aby to wszystko zliczyć. 

Debiutu pani Mafi nie odradzam, ale nie będę też polecać, ponieważ czytałam dużo lepsze powieści z tego gatunku. Po kontynuację sięgnę by zobaczyć, czy tom drugi pozbył się minusów obecnych w części pierwszej.

Moja ocena: 6/10.


niedziela, 12 sierpnia 2012

"Klątwa tygrysa. Wyzwanie"- Colleen Houck



Kelsey powraca do domu i próbuje poukładać sobie życie na nowo. Jednak niebezpieczeństwo nie minęło- mroczne siły nadal czają się na każdym kroku. Aby walczyć ze złem, dziewczyna musi wrócić do Indii wraz z bratem Rena- Kishnnem. Czy tym razem bohaterowie złamią pradawne zaklęcie?

Na blogach/forach/stronach poświęconych literaturze nieraz widzę czytelnicze wyzwania.  Nigdy nie planowałam udziału w takiej akcji, ale los zdecydował za mnie... Tytuł drugiego tomu jest adekwatny do treści- "Wyzwanie" to prawdziwe wyzwanie. "Klątwę tygrysa" przeczytałam i dość wysoko oceniłam, lecz po jakimś czasie emocje opadły i zrozumiałam, że to zwykłe lekkie czytadło. Moja ocena tej serii jednak obniżyła się, kiedy dowiedziałam się, skąd autorka ma pomysł na cykl o mitologii hinduskiej. Trzymajcie się mocno. Otóż Colleen Houck po przeczytaniu "Zmierzchu" postanowiła napisać własną historię miłosną. Nic nowego. Oczywiście wampiry wychodziły już z mody, więc sprytna początkująca pisarka zdecydowała się na jakiegoś zwierza. Do głowy przyszedł jej biały  tygrys, zatem Colleen myślała, że akcja będzie rozgrywać się w Rosji. Research jednak jest przydatny, toteż autorka miała chyba niezłą niespodziankę, gdy poczytała trochę w internecie. Okazało się, że białe tygrysy żyją w Indiach! Nieustraszona pani Houck nie poddała się, więc mamy kolejny cykl powieściowy, który jest wynikiem fascynacji "Zmierzchem". Faktem tym byłam (i jestem) oburzona, lecz nie chciałam krytykować "Wyzwania", ponieważ dobra książka sama się broni. Czy druga część niesamowicie popularnego cyklu jest warta uwagi? Według mnie- nie, a dlaczego?

Nawet sam początek woła o pomstę do nieba- przeczytanie pierwszych stu-pięćdziesięciu  stron to dla mnie prawie misja niemożliwa! Kelsey tylko użala się nad sobą i zachowuje się jak dziecko. Nie przeszkadza to jednak, żeby została zaproszona na trzy randki (!) niemal w tym samym czasie. Nie wiem, co tych trzech studentów skusiło, aby zaprosić Kelsey na spotkanie. Może nie było większego wyboru? A nie marnując czasu- raczej oczywiste jest, że główna bohaterka, mimo ogromnego zainteresowania kolegów, nadal będzie myśleć o Renie. Ostrzegam, że "ochy" i "achy" w pierwszych rozdziałach są obecne niemal na każdej kartce, zatem osoby z alergią na cukierkowatość mogą rzucić książkę w kąt już po kilku zdaniach. 

Po nieszczęsnym początku akcja zaczyna się coraz bardziej rozwijać, lecz czytelnik otrzymuje powtórkę z "Klątwy tygrysa". W pierwszym tomie poszukiwanie artefaktów w starożytnych grobowcach i innych wymiarach było takie świeże, a w "Wyzwaniu" miałam wrażenie, że autorka trochę pozmieniała fabułę, aczkolwiek nie dodała nic nowego. Smutne. 

Bohaterowie przeszli dużą metamorfozę, niestety (w większości przypadków) na niekorzyść. Zacznę od Kelsey, bo to ona w całej książce robi najwięcej zamieszania. Panna Hayes jest z kilku powodów wyjątkową osóbką. Tylko ona po kilku lekcjach może strzelać z łuku tak, że Robin Hood może jej buty czyścić! Dziewczyna zawstydziła nawet Sherlocka Holmesa- dedukcję ma na najwyższym poziomie, bo wyłącznie główna bohaterka może rozwiązać poplątaną zagadkę. Co tam stary i inteligentny pan Kadam, nastolatka lepiej rozumie świat! Kishan także się zmienił, lecz tak że aż żal wspominać. Nadal mnie zastanawia, dlaczego początkowo autorki tworzą aroganckich bohaterów, a potem robią z nich ciepłe kluchy? Brat Rena to w części drugiej klon Rena. A mogło być tak pięknie... Moim zdaniem,  pan Kadam to jedyna postać bez zniszczonego charakteru. Co prawda nadal przypomina mi milutką gosposię, ale w "Wyzwaniu" został też ukazany jako nauczyciel, więc to jest na plus.

Co ze stylem pisania Colleen Houck? Myślę, że jest przeciętny, zabrakło mi opisów dżungli, grobowców i krajobrazów. Autorka woli pisać o przepięknej urodzie Kelsey oraz o wyglądzie Kishana i często używa takich porównań: " był idealny niczym grecki bóg". Znajome?

Podsumowując, ta kontynuacja bardzo mnie zawiodła. Ładne okładki i interesujące umiejscowienie akcji to nie wszystko, najbardziej liczy się pomysł i jego realizacja, a do tego warto dodać talent do wymyślania fabuły. Ale mimo że, "Wyzwanie" nie zdobyło mojej sympatii, to książkę polecam fankom (są jacyś fani?) "Klątwy tygrysa"- myślę, że Wy nie będziecie zawiedzione. Wątek miłosny w serii autorstwa pani Houck pewnie przypadnie do gustu wielu miłośniczkom paranormalnych romansów. Jednak Ci, którzy swoje spotkanie z pierwszym tomem wspominają bardzo źle, powinni trzymać się z dala od "Wyzwania", ponieważ zdania na temat serii raczej nie zmienią.

Moja ocena: 4/10.


piątek, 16 marca 2012

"Klątwa tygrysa"- Colleen Houck

http://www.znak.com.pl/files/covers/card/KlatwaTygrysa.jpg

Czego można się spodziewać po tej książce? O czym opowiada? Po opisie na odwrocie „Klątwy tygrysa” niewiele można się dowiedzieć, więc mniej więcej nakreślę fabułę.

Kelsey to zwyczajna nastolatka, która niedługo wybiera się na studia, więc aby zarobić trochę pieniędzy idzie pracować do cyrku, gdzie musi opiekować się białym tygrysem. Między dziewczyną a zwierzęciem tworzy się nić porozumienia, ale nastolatka jeszcze nie wie, co to oznacza. Wkrótce okazuje się, że na Renie ciąży klątwa i to właśnie Kelsey ma wyruszyć do Indii, aby go uwolnić. Rozpoczyna się przygoda, poszukiwanie niezwykłych artefaktów, przeprawa przez kolorową dżunglę oraz wiele innych niespodzianek. Brzmi ciekawie?

Na początku Kelsey- główna bohaterka, wydawała mi się  bardzo dziecinna, a było widoczne, że autorka chciała wykreować postać zaradną, która w każdej sytuacji  jest na wszystko przygotowana. Tylko koniec i decyzja dziewczyny uratowały moje zdanie o Kelsey. Charakter Rena już trudniej określić, ale według mnie był egoistą, który obrażał się o głupoty. Nie wiem, czy taki był zamiar Colleen Houck, więc skupię się na innej postaci. Pan Kadam to bohater bardzo ważny i niby odgrywa znaczącą rolę, ale cały czas miałam wrażenie, że jest miłą, domową gosposią i okazjonalnym szoferem, więc mam nadzieję, że w kolejnych częściach autorka naprawi ten błąd, bo szkoda marnować ciekawego (wbrew pozorom) bohatera. Natomiast kwestia rodziny jest dla mnie niezrozumiała, dlaczego w niemal każdej młodzieżowej lekturze rodzice głównej bohaterki nie żyją i nie odgrywają żadnej istotnej roli? Czego pisarze się tak boją? Nierozwiązana zagadka.

W „Klątwie tygrysa” jest więcej tajemnic, ale na szczęście są one zamierzone, bo czym byłby stary grobowiec bez sekretów? Same poszukiwania i akcja niestety nie są rozbudowane tak, jak bym chciała. Byłam rozczarowana, że wątek przygodowy nie był na pierwszym miejscu, a autorka opisywała do znudzenia takie codzienne czynności, jak krojenie owoców, czy mycie włosów. Po co to komu? Raz, dwa można wspomnieć, że bohaterka siada, je, ale nie lubię, gdy w książce wspominane jest o tym cały czas. Colleen Houck musi popracować nad fabułą.

Literatura dla młodzieży przeżyła niedawno atak mitologii greckiej i rzymskiej. „Klątwa tygrysa” jest o tyle interesująca, że tym razem to mity indyjskie grają pierwsze skrzypce. Jak na złość, zawsze jest jakieś „ale”.  Otóż ta lektura  nie jest dla tych, którzy spodziewają się dokładnie opisanych legend i wierzeń. „Mity” w „Klątwie…” ograniczają się do tak zwanych bajek „na dobranoc”, które tak naprawdę są tylko cieniem interesujących opowieści.

Nie ukrywam, że książkę szybko się czytało i historia była nawet ciekawa. Chciałabym, aby było więcej takich przygodowych powieści, jednak lepiej by było, gdyby napisano je porządnie. „Klątwa tygrysa” ma kontynuację, więc możliwe, że Colleen Houck poprawi swój warsztat.

Według mnie, oprawa graficzna jest jedyną rzeczą pozbawioną wad. Ładna okładka jest adekwatna do fabuły, a ozdobniki dodają klimatu. Warto też wspomnieć, że książka ma około 350 stron i małą czcionkę, więc na jedno chłodne popołudnie, jako lekka lektura, ta historia jest w sam raz.

„Klątwa tygrysa” nie jest książką złą, ale niedopracowaną. Z chęcią przeczytam kolejne tomy, bo autorka ma ogromne pole do popisu. Powieść mi się podoba ze względu na oryginalny pomysł, ale nie mogę milczeć o minusach, więc moja ocena to słabe 8/10. Wybór należy oczywiście do Was, jednak zanim kupicie tę książkę, to porządnie się zastanówcie, czy to coś, czego szukacie.


sobota, 11 lutego 2012

"Nigdy i na zawsze"- Ann Brashares

 http://www.znak.com.pl/files/covers/card/Nigdy_i_na_zawszedMNIM_ok.jpg

„Czasem miłość trwa dłużej niż życie”

Daniel żyje od ponad tysiąca lat. Umarł tyle razy, że już zapomniał, ile dokładnie. Za to pamięta o swojej ukochanej, której poszukuje w różnych wcieleniach i ma nadzieję, że ona też o nim nie zapomni…

Ostatnio modnym tematem w książkach stała się reinkarnacja oraz poszukiwanie pokrewnych dusz. Czy kolejna powieść poruszająca ten temat może być ciekawa? Czy można napisać coś oryginalnego, wykorzystując ten sam wątek? 

Pierwszą rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę w „Nigdy i na zawsze” to sympatyczni, główni bohaterowie- Lucy i Daniel (uwaga, wcale nie przypominają pary z „Upadłych”- Luce i Daniela).Oboje mają wady i zalety, nie są idealizowani, to postacie z krwi i kości. Lucy jest studentką, która poszukuje prawdy. Daniel ma pamięć, właściwie to sam jest Pamięcią. Więcej już nic nie powiem. Odkrywanie charakterów tej pary to główna zaleta powieści, ale to sposób prowadzenia narracji najbardziej mi się podobał. 

Przeszłość opowiada Daniel, który wspomina wcześniejsze życia. Dawne czasy porównuje do dnia dzisiejszego, swoje decyzje krytycznie ocenia. Natomiast dwudziesty pierwszy wiek opisuje narrator wszechwidzący. Trzeba przyznać, że autorka miała ogromne pole do popisu i to wykorzystała.

Książka ma przekaz, zawsze aktualny- nie można się poddawać, choć wydaje się on banalny i przerysowany, to autorka tak umiejętnie operuje piórem, że zyskuje on oryginalność. Druga szansa, poprawa błędów, o tym jest ta powieść. Ann Brashares skupia się na rzeczach ważnych, a w opisach otoczenia wplata magię, która nie pozwala odejść od lektury. „Nigdy i na zawsze” jest obyczajówką, która porusza temat miłości i pamięci.  Sama okładka to obraz wspomnień. Dwie postacie na pustyni, nad nimi rozgwieżdżone niebo. To wbrew pozorom ma swoje znaczenie, tak jak każda decyzja głównych bohaterów.

Nie można zapomnieć o drobnych minusach. Najbardziej zawiodło mnie zakończenie. Ostatnie rozdziały to, według mnie, pomyłka. Autorka zostawiła sobie przepustkę do następnej części i nie powiem, że jestem tym zachwycona. Końcowe rozdziały są oddzielone o sto mil od ciekawej historii zajmującej trzy czwarte książki. Ann Brashares chciała dodać wartką akcję, ale nie udało jej się to. Powinna skupić się bardziej na wędrówce przez czas i pamięci, ale i tak cała opowieść prezentuje się świetnie.

„Nigdy i na zawsze” to podróż przez wspomnienia, opowiedziana przez Pamięć. Oryginalny tytuł- „My name is Memory” idealnie opisuje fabułę, ale polskie tłumaczenie również ma swój przekaz, więc jedyne, co mogę zrobić, to polecić tę książkę. „Nigdy i na zawsze” zasłużenie otrzymuje ocenę 8/10.