Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Esprit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Esprit. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 czerwca 2012

"Skrzydła nad Delft"- Aubrey Flegg


Często, gdy czytam opisy książek, od razu  wiem, o czym mniej więcej są. Kiedy zobaczyłam opis "Skrzydeł nad Delft", to automatycznie zaszufladkowałam tę powieść do romansu historycznego. Błąd! Pozory strasznie mylą, bo choć w książce jest wątek miłosny, nie narzuca się i zapewnia dobre tło do całości. 

W pierwszej połowie XVII wieku miasto Delft huczy od plotek. Podobno Reynier DeVries oświadczył się Louise Eeden. Dzięki temu małżeństwie dwie największe firmy produkujące porcelanę połączą się. Louise niechętnie godzi się z myślą, że wkrótce poślubi swojego przyjaciela, którego zna od dzieciństwa. Dziewczyna jednak nie wie, że wszystko się zmieni, gdy w pracowni słynnego Mistrza spotka czeladnika o imieniu Pieter.

Na początek, muszę napisać, że "Skrzydła nad Delft" to powieść dość krótka- 250 stron. Widząc ilość kartek pomyślałam, że wystarczą mi dwie- trzy godzinki na przeczytanie wszystkiego. Myliłam się, bo powieść przeczytałam w trzy dni. Nie dlatego, że książka była nudna i się z nią męczyłam, ale po prostu chciałam dłużej pozostać w Delft. Głupie? Może trochę, lecz aby to zrozumieć trzeba sięgnąć po tę historię. Już na pierwszych stronach byłam pod wrażeniem barwnego i pięknego języka znajdującego się w "Skrzydłach...". Ładne opisy miejsc oraz mądre, życiowe myśli sprawiły, że nie mogłam oderwać się od lektury. Autor w pierwszym rozdziale wprowadził mnie do niezwykle klimatycznego siedemnastowiecznego miasta Delft.

Sama Louise była sympatyczną i prawdziwą postacią. Kiedy zobaczyłam wiek głównej bohaterki, pomyślałam, że dziewczyna zacznie zaraz mówić językiem zbyt nowoczesnym, a książka będzie zwykłą młodzieżówką. Na szczęście mile się zaskoczyłam. Louise to osoba ciekawa świata i wiele wniosła w całą opowieść. Pieter był mniej wyróżniający się, ale nie mdły. Właściwie to każdy bohater, pierwszoplanowy, drugoplanowy, czy epizodyczny, miał jakąś ważną rolę do odegrania. Do tego dodałabym świetne dialogi, które sprawiły, że książka była poważna i lekka jednocześnie.

I jeszcze ta oprawa graficzna, o której nie mogę nie wspomnieć... W środku znajdują się czarno-białe portrety, a okładka utrzymana w formie obrazu przykuwa wzrok i jest adekwatna do treści. Imponujące budynki, dziewczyna w zielonej sukni o inteligentnym spojrzeniu, lecz czym lub kim są tytułowe skrzydła? Przekonajcie się sami!

 "Żadne wybitne dzieło, a to jest wybitne dzieło, nigdy nie jest skończone" (str. 174)

"Skrzydła nad Delft" to powieść z przekazem, w ciekawy sposób ukazuje życie i zwyczaje ludzi żyjących w Holandii kilka stuleci wstecz. Podsumowując, książka przeniosła mnie (niemal na skrzydłach) do innej epoki. Zastanawia mnie, co będzie w kolejnej części, bo pierwszy tom kończy się bardzo tajemniczo, więc pozostaje mi tylko czekać na kontynuację. Moja ocena to 8/10, bo całą historię czytało się naprawdę miło. Lekturę polecam szczególnie młodzieży, ale myślę że starszy czytelnik również znajdzie coś dla siebie.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Esprit.

 

sobota, 9 czerwca 2012

"Africanus. Syn konsula"- Santiago Posteguillo



 „Hannibal ante portas!”*

Hannibal był przebiegłym strategiem, mającym wiele pomysłów. Pech chciał, że w 235 roku przed narodzeniem Chrystusa na świat przyszedł Publiusz Korneliusz Scypion zwany Africanusem, który od najmłodszych lat był szkolony na mądrego wodza. 

 Pod koniec III w. p.n.e. Rzym był dopiero kwitnącym miastem. Czy ktoś pamiętałby o tym powstającym imperium, gdyby Hannibal je pokonał? Pewnie w podręcznikach byłaby tylko jakaś mała wzmianka o uciążliwym sąsiedzie Kartaginy. Jest też wiele innych teorii, ale „Africanus. Syn Konsula” to nie historia alternatywna (przynajmniej na razie). W książce są fakty z barwnymi opisami i ciekawie przedstawioną, wartką akcją.

Jak się okazuje, książka nie przedstawia losów tylko Africanusa, można obserwować dzieje kilku bohaterów, którzy wiele wnoszą do rozgrywających się wydarzeń. Santiago Posteguillo każdej postaci dał jakąś przeszłość, która ma wpływ na decyzje, które podejmują w przyszłości. Co najważniejsze, pisarz ukazał punkt widzenia Rzymian oraz Kartagińczyków, więc na nudę nie trzeba narzekać.

Interesująco przedstawia się również treść. „Africanus. Syn konsula” to książka, w której cały czas coś się działo. Mam tu na myśli nie tylko bitwy, ale intrygi pomiędzy urzędnikami oraz zwyczajne życie mieszkańców Rzymu. Z lektury tej historii można dowiedzieć się wielu rzeczy, o których w szkolnych podręcznikach nigdy nie wspomniano.

W powieści podobają mi się także dialogi pomiędzy bohaterami, które nie mają nic wspólnego z patetycznymi i sztucznymi przemowami, znanymi z większości amerykańskich filmów. Rozmowy postaci są naturalne, nie ma się wrażenia, że są zbyt nowoczesne. 

Autor posługuje się językiem zrozumiałym dla odbiorcy, lecz nie tłumaczy ze szczegółami rzeczy oczywistych. W razie jakichkolwiek wątpliwości jest jeszcze słowniczek umieszczony na końcu tego dzieła. Kolejnym plusem są mapki i drzewa genealogiczne, które stanowią miły dodatek do lektury i są bardzo przydatne.

„Aby przeczytać dobre dzieło (…), nie potrzeba nic więcej, jak tylko czasu, no i żeby było porządnie napisane.” (str. 178)

Komu polecam tę powieść? Na pewno nie tylko pasjonatom historii i miłośnikom starożytności. Po „Africanusa. Syna konsula” mogą sięgnąć czytelnicy, którzy szukają czegoś nowego i interesującego. Z czystym sumieniem książkę oceniam na 8/10. Czekam na kontynuację, bo trylogia zapowiada się naprawdę ciekawie.


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Esprit.

 

* „Hannibal u bram!”